Czy można bezpiecznie jechać do Rumunii na wakacje?

Dwa lata temu postanowiliśmy wybrać się na wakacje do Rumunii. Przez Transylwanię nad Morze Czarne. Przejechaliśmy cały kraj wszerz, a od strony wschodniej także wzdłuż, ponieważ z Mangalii (przy granicy bułgarskiej) dotarliśmy do Delty Dunaju i pogranicza ukraińskiego.

Kiedy wspominaliśmy mniej podróżniczo zaangażowanym znajomym, ze wybieramy się do kraju Draculi, patrzyli na nas z niepokojem i zadawali te same, powtarzające się pytania, albo powielali te same żarty. Kręciły się wokół: „już na pierwszym parkingu odkręcą Wam koła”; „będziecie musieli uważać na Cyganów”; „ale czy tam są porządne hotele?”. Jechaliśmy co prawda raczej w stylu studentów niż milionerów, ale straszek przy przekraczaniu granicy był. Co zastaniemy na miejscu? Opuszczając Węgry (granicę przekraczaliśmy przejściem granicznym  Ártánd-Borş, niedaleko granicy po stronie węgierskiej znajduje się znane Polakom Hajdúszoboszló, a po stronie rumuńskiej nieodległą większą miejscowością jest Oradea) czuliśmy się niepewnie, a tłok na przejściu granicznym i nieco industrialny charakter okolic przygranicznych (dostosowany do potrzeb biznesowych – dużego ruchu ciężarówek) nie pokrzepiał. Jednak już po kilkunastu kilometrach stało się jasne, że:

 

Kradzieże

Nasze auto (kilkunastoletni Ford Focus) było absolutnie najgorszym, najtańszym i najstarszym autem na każdym parkingu hotelowym i przy atrakcjach turystycznych. Sama myśl o tym, że ktoś odkręci nam koła, wydała nam się już pierwszego dnia raczej śmieszna. Trudno natomiast powiedzieć, jak byłoby w przypadku nowszych i droższych aut, ale przypuszczam, że wielkiego strachu by nie było – parkingi w rumuńskich miejscach turystycznych pełne są nowych i luksusowych BMW i Mercedesów.

 

„Żebry”

Widzieliśmy w ciągu całego dwutygodniowego pobytu jedną (dosłownie) osobę żebrzącą. Ani przy zamkach i kościołach, ani przy hotelach i w miastach, ani przy zejściach na plażę i restauracjach nadmorskich nie było żadnych żebrzących osób. Nie mówiąc już o tym, że nie otaczały samochodów przy przejściu granicznym, postoju na światłach, zjeździe z autostrady, czy w ogóle kiedykolwiek i gdziekolwiek.

 

Hotele

Hotele są uderzająco niedrogie, jak na polskie realia, czyste, zadbane i przyjazne gościom. W hotelu w którym mieszkaliśmy nad Morzem Czarnym była klimatyzacja, telewizor, lodówka, łazienka oraz basen, który codziennie sprzątano.

 

Gastronomia

Jedzenie w restauracjach jest pyszne. Tanie. I ma tę charakterystyczną dla południa, wspaniałą cechę: owoce i warzywa mają więcej smaku, zapachu i są „bardziej”. Papryka i pomidory, o których można by śpiewać pieśni, choć w Polsce jadam je raczej nieregularnie. Mamałyga, symbol rumuńskiej kuchni, choć jest po prostu kaszą kukurydzianą i niektórym nie kojarzy się z uwagi na zaszłości historyczne zbyt dobrze, mnie smakowała bardzo. Jako uzupełnienie (tzw. „dodatek skrobiowy” – bawi mnie to zbiorcze określenie ryżu, kasz, ziemniaków i klusek) kurczaka w gulaszu z pomidorów i papryki – cudo. Mam niestety na uwadze, że z polskich pomidorów i papryki nie ma sensu takiego gulaszu gotować… coś tam wyjdzie, ale w porównaniu z oryginałem, jak kisiel a piąta po nim woda.

 

Słynna mamałyga. Tu akurat w towarzystwie kurczaka.

 

Plaże

Nad Morzem Czarnym plaże były czyste, piasek drobny, nie czarny, nie biały, nieco ciemniejszy niż nasz, nadbałtycki. Ciekawostką były widoczne na horyzoncie jednostki pływające, jak sądzę marynarki wojennej. Woda ciepła, wręcz upojna, przejrzysta. Bez widocznych na płyciźnie ryb, meduz, krabów. Nie każdy lubi pływać w otoczeniu intensywnych przejawów morskiego życia… Ich brak źle świadczy o kondycji ekologicznej akwenu, ale pływa się przyjemnie, mając świadomość, że nic człowieka nie ugryzie, nie ukąsi, nie poparzy i nie będzie się o niego ocierać. Nie każdy lubi.

 

Taki piasek. Takie muszle. Zdjęcie z plaży w miejscowości Neptun.

 

Góry

Rumunia jest przepiękna. Jest absolutnie i fenomenalnie piękna. Pełna gór, mniejszych i większych, do wyboru do koloru. Jedziesz sobie przez taki pagórkowaty, łagodny, zielony krajobraz, droga zakręca i widzisz… jakby Giewont przed sobą! Giewonty w zasadzie trzy – wysokie, strzeliste szczyty widoczne jak na dłoni… Oto typowa transylwańska zmiana scenerii – niemalże znienacka niższe góry przeszły w wysoookie… Góry mało zagospodarowane, z odludnymi, wręcz dzikimi przestrzeniami, z możliwością zaznania prawdziwej „wędrowcowej” przygody. Dla włóczykijów i górołazów idealne. Choć pełne niedźwiedzi.

 

Trasa Transfogarska/Trasa Transfogaraska

Jeremy Clarkson z ekipą Top Gear nakręcili odcinek o najbardziej niesamowitej drodze świata – trasie Transfogaraskiej (tak o niej mówili w programie). Przecina Góry Fogaraskie, wije się serpentynami, dociera nad jezioro Balea i schodzi znów serpentynami w dół. Byłam i nie da się ukryć, że trasa robi wrażenie. Dodatkową zaletą jest to, że pomimo ogromnych różnic wysokości pokonywali ją ludzie na rowerach i ludzie w Ferrari. Oraz ludzie w stareńkim Focusie z wytartym sprzęgłem. Trasa nie zawsze jest otwarta – warto przed wyruszeniem sprawdzić, czy jest przejezdna i już dostępna dla ruchu turystycznego.

 

Widok z trasy Transfogarskiej na… trasę Transfogarską;-) Blisko jej najwyższego punktu (mniej więcej w połowie drogi).

 

Zabytki i zwiedzanie

Jeśli lubisz zabytki, nie dasz sobie rady. Oszalejesz z nadmiaru możliwości. Co kilka kilometrów spotykasz w Transylwanii drogowskaz „coś tam, a coś tam z XV wieku – 2 km”. Zamki, pałace, obiekty sakralne. Mnóstwo! Zatrzęsienie małych miasteczek z cudownymi starówkami i dużych miast z cudownymi starówkami. Wiele z nich oczekuje jeszcze na renowację i unijne na ten cel pieniądze, ale nawet tam, gdzie widać potrzebę prac konserwacyjnych urok jest nieodparty. W miejscu mniemanych narodzin Draculi (Vlada Palownika), miasteczku transylwańskim Sighișoara jest cudowna, klimatyczna starówka, z której nie chce się wyjeżdżać, uliczki i zaułki pełne zieleni, na które człowiek nie może się napatrzeć i hotel, z którego tarasu panorama roztacza się na całą miejscowość. W takim miejscu mogłabym wypoczywać bez końca.

 

Sighisoara, panorama. Ponoć miejsce narodzin Vlada Palownika…

 

Sighisoara, panorama niezwykłej starówki. Z domem Vlada;-)

 

Jeden z wielu urokliwych zaułków w centrum Sighisoary. Zdjęcie mocno prześwietlone, ale miejsce było tak urokliwe, że nie mogłam nie zamieścić zdjęcia.

 

A oto słynny zamek Draculi.

 

A oto mój faworyt spośród transylwańskich zabytków. Zamek Peleș.

Drogi

Drogi są równe. Z położonym cudnym asfaltem z unijnych (jak sądzę) pieniędzy. I to… wszystko, co można o nich dobrego powiedzieć. To największa trudność w podróżowaniu po Rumunii, przynajmniej dopóki nie zostanie ukończona budowa sieci autostrad łączącej najważniejsze punkty kraju. Drogi są wąskie, kręte, jak to w górzystym terenie, a nade wszystko koszmarnie zatłoczone. Porusza się po nich każdy pojazd, jaki możesz sobie wyobrazić. TIR-y, osobówki, rowery, nieoświetlone furmanki, skutery, motocykle i piesi. Każdy się spieszy, ale ciągle ograniczenie do 50 km/h! Jeśli przestrzegasz przepisów, a w obcym kraju lepiej przestrzegać, masz ochotę walić głową w kierownicę po kilku godzinach. A jeśli jesteś pasażerem, to w deskę rozdzielczą! Autostrady tam, gdzie są, są bez zarzutu.

 

Drogowy standard. Wariant mały ruch. I ograniczenie prędkości do 50 km/h.

 

Autostrada. Przeciętny ruch.

 

Ludzie

Ludzie są mili. Serdeczni. Nie ma Polaków. Nie to, co w Chorwacji. Nie słychać ciągle polskiego. Ludzie miejscowi są bardzo ciekawi, jak się żyje w Polsce, ale nie dopytują nachalnie. Jeśli nie znają angielskiego, nie szkodzi! Nadal próbują się dogadać;-) Jak chyba wszyscy lubią, kiedy próbuje się poznać i używać choćby kilku podstawowych zwrotów w ich języku. Nie jest to zresztą trudne. Po kilku dniach łatwo już poruszać się po menu w restauracjach bez anglojęzycznych nazw dań, witać i żegnać oraz dziękować. Na plaży Rumuni zachowują się bardzo kulturalnie – nie śmiecą, nie są hałaśliwi, jeśli piją alkohol, to dyskretnie. I zwracają uwagę na to, by ich dzieci nie przeszkadzały w wypoczynku innym plażowiczom! Pewnie nie wszyscy i nie wszędzie, ale takie były moje doświadczenia.

 

Rumunia jest, przynajmniej w Transylwanii oraz na wybrzeżu Morza Czarnego, pięknym, europejskim krajem z przyzwoitym standardem obsługi turysty. Gorąco polecam wyprawę każdemu, kto lubi paść oczy pięknymi widokami, podziwiać dawną architekturę i smacznie zjeść, a także wszystkim tym, którzy chcą połazić po górach i opalać się nad ciepłym morzem za nieduże pieniądze.

Joanna
Joanna
Joanna Miłkowska – Rębowska – psycholog, autor, żona, adwokat, szkoleniowiec, mediator, mama (kolejność chronologiczna).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.